Fotoeseje

Obiektywem i klawiaturą. To jest to! Portrety. Zjawiskowe miejsca. Turystyka. Trochę wydarzeń ciekawych dla mnie. Czasem poważnieję a czasem puszczę oko. Czyli mydło i powidło. Jest powiedzenie, że jedno zdjęcie warte tysiąca słów. Trochę przekornie stwierdzam więc, że jedno i drugie jest tak samo ważne. A mi trudno rezygnować z rzeczy ważnych...

Wpis

sobota, 17 listopada 2012

głównym szlakiem beskidzkim edycja druga

Bo w ogóle jest tak, że mam okrutne tyły z publikacją zdjęć. Główny Szlak Beskidzki, Tatry Zachodnie, Egipt - po wstępnych porządkach zebrało się na kilka wpisów. Ale żeby nie popaść w monotonię to będę mieszał tematy - dziś Główny Szlak Beskidzki czyli GSB - introdukcja :-) ... ciekawe czy jest takie słowo czy tylko moja imaginacja mi to wykreowała ;-)

GSB liczy ponad 500 km i z grupą wyrwidębów i wyrwidębówek mamy go przejść w trzech etapach: co roku po trochu. No i w czerwcu pooooooszli-śmy prawie 200 km spod Iwonicza Zdroju aż po Przełęcz Knurowską. Wszystko czerwoniuśkim szlakiem, tak jak w książce napisane. A co!

W kuluarach mówili, że nawet więcej kilosów żeśmy natrzaskali - najpeweniej przy okazji poszukiwań oznakowania szlaku. Bo trzeba było pójść jedną dróżką i zawrócić. Pójść drugą dróżką i... zawrócić. Szlak był na tej następnej dróżce. Więc zrobiliśmy (ponoć) ponad 200 km. Inna wersja jest taka, że Artur, któren to miał dżipiesa, ganiał za kwiatkami i motylkami i sam jeden wykręcił 240 kilosów. Prawda pewnie jest gdzieś po środku, Przemaszerowaliśmy sześć dni po górkach, z pełnymi plecorami. To była prawdziwa przygoda a za rok - pardon: za pół roku - trzecia edycja.

Dziś jednak jesteśmy wspomnieniami jeszcze przy wyprawie Anno Domini 2012 :-)

 

Ruszyliśmy na pełnym gazie, z tak zwanego kopyta

 

 Przechodziliśmy drogi ciemne i mroczne

 

odpoczywaliśmy wystawiając słoneczku wszystko, co się dawało i nadawało 

 

bywało, że musieliśmy iść jeden za drugim, nóżka w nóżkę



 Na postojach wpatrywaliśmy się (Tomek) zadumcziwo w głębię obiektywu i aparatu (moje)

 

 

 namakaliśmy od deszczu  

 

 przekraczaliśmy nieznanie (niektórym) granice jak ta między Beskidem Niskim i Sądeckim, na potoku Mochnaczka

 

  

 pasaliśmy krowy - bywało, bywało :-)

 

 Na Wielkiej Radziejowej (chyba tam) napotkaliśmy żonę wodza Azteków (z polska ma /ów wódz/ na imię Zbyszek) wraz z żoną innego indiańskiego wodza (Jurek)

 

 przeżyliśmy mnóstwo przygód, wiele zobaczyliśmy i w końcu - zwyciężyliśmy :-)

Szczegóły wpisu

Tagi:
Kategoria:
Autor(ka):
wujekbronek
Czas publikacji:
sobota, 17 listopada 2012 01:11

Polecane wpisy

Trackback

Komentarze

Dodaj komentarz

  • agpagp napisał(a) komentarz datowany na 2012/11/17 08:00:20:

    tak sobie patrzę i myślę że to fajnie miec tak zgraną ekipę znajomych :)

  • wujekbronek napisał(a) komentarz datowany na 2012/11/17 13:18:02:

    prawda to absolutna ;-)

  • Gość jurek napisał(a) z *.net.pulawy.pl komentarz datowany na 2012/11/21 21:42:58:

    to ja byłem ostatni, ale doszedłem

  • wujekbronek napisał(a) komentarz datowany na 2012/11/21 22:41:22:

    ...nie ostatni a jeden z nas... i jeden z nielicznych co z takimi obrażeniami dotarł do mety ;-)

Dodaj komentarz

Wyszukiwarka

Kategorie

Kanał informacyjny

Akcja: Nie kradnij zdjęć! Najlepsze Blogi Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...